Przeniosłem się myślami do wydarzenia sprzed kilku godzin... Same niewyraźne sylaby, które kończyły się cichym skomlaniem. Jakby błaganiem o pomoc... Podszedłem do okna, za którym rozprzestrzeniał się poranny krajobraz. Drzewa były owinięte jasną łuną słońca, które delikatnie wychylało się zza chmur.
- Coś o tym, że... Jesteś martwa... Twoja dusza gnije, a ty sama powoli umierasz - powiedziałem, cicho wzdychając. - Gdy opowiadałem o tym lekarzom, stwierdzili, że był to swego rodzaju atak jakiejś choroby psychicznej. Widziałaś coś, czego nie było... - wyszeptałem, nie odrywając wzroku od okna.
- Sagem, ale ty im nie wierzysz? - zapytała z lekkim niepokojem w głosie.
- Wiesz... Od czasu gdy mój pra dziadek Namir stał się Neurochirurgiem, jego pokolenie również zajmowało się czymś podobnym. W mojej rodzinie było wielu lekarzy, ale nikt nie zajmował się psychiką...
- Czyli mi nie wierzysz? - wtrąciła szybko, zadając krótkie pytanie.
- To nie tak... Po prostu...
- Wierzysz im... - mruknęła, starając się podnieść z łóżka.
Jej próba szybko została zatrzymana przez ból, który napotkał jej łapę. Upadła bezwładnie na łóżko, przy tym mrucząc kilka przekleństw pod nosem.
- Posłuchaj - zbliżyłem się do niej o kilka kroków. Zatrzymałem się dopiero przy posłaniu na którym leżała. - Wierzę Ci, ale rygory w tym szpitalu są tak zawyżone, że nasza aktualna rozmowa jest podsłuchiwana - podniosłem jedną z łap, na której widniał mój elektroniczny zegarek. Wybrałem jeden z przycisków na nim, po czym kontynuowałem. - Za dwie minuty zorientują się, że ich nagły błąd jest wywołany przez osobę trzecią, więc słuchaj uważnie. Nie jesteś na skrzydle szpitalnym, to tylko specjalnie przemeblowany pokój. Tak uważają Cię za wariatkę po tym co robiłaś i jakie bzdury wygadywałaś. Czasy się delikatnie zmieniły i każde opętanie przez cokolwiek, uznają za chorobę psychiczną. Tak, myślą nad zamknięciem Cię w psychiatryku. Ten pokój jest odporny na magię, lecz nie na magiczne przedmioty. W półce nocnej umieściłem mój naszyjnik, który pozwoli Ci przeteleportować się w dowole miejsce - kątem oka wskazałem na szafkę. - O 1:00 w nocy wyłączę im kamery, więc będziesz miała jakieś pięć minut na wyrwanie się stąd. Powodzenia - uśmiechnąłem się delikatnie, odchodząc w stronę drzwi. - I do zobaczenia - zamknąłem za sobą pomieszczenie.
Od razu po wyjściu włączyłem wszystkie podsłuchy szpitalne. "Mała awaria" - zaśmiałem się pod nosem.
<Mizu? Tak, jestem genialna. Wiem o tym B) >
wtorek, 27 czerwca 2017
niedziela, 25 czerwca 2017
Od Zeah cd Exan
W mych uszach piszczał denerwujący dźwięk, a głowę rozsadzał ból. Nienawidzę tego.
Wyszeptałam parę słów. Pod półżywym basiorem otworzyła się wyrwa. Z wrzaskiem spadł w dół, a dziura się zakleiła.
Bez zbędnych tłumaczeń czy komentarzy, zaczęłam się oddalać. Nie miałam ochoty tłumaczyć, co się tu działo, lub gdzie się podział wilk.
— Hej, zaczekaj! — usłyszałam zza pleców.
— Tak? — zatrzymałam się, choć nawet w mym głosie było słychać niechęć.
— Oni byli z watahy? — zapytał, jakby chcąc się upewnić.
— Nie, to zombie. — powiedziałam spokojnie.
— Żartujesz?
— A wyglądam, jakbym była jakimś wesołkiem? To były zombie, które się dobrze trzymały. Ktoś je musiał ożywić.
Z tym ktosiem obstawiałam albo Evil, albo Pana. Ev nigdy mnie nie lubiła, nawet przy Hazim pokazywała to, jak bardzo uwielbia Staze i jej potulność, a jak nienawidzi mnie i mojej maski uczuć.
Wyszeptałam parę słów. Pod półżywym basiorem otworzyła się wyrwa. Z wrzaskiem spadł w dół, a dziura się zakleiła.
Bez zbędnych tłumaczeń czy komentarzy, zaczęłam się oddalać. Nie miałam ochoty tłumaczyć, co się tu działo, lub gdzie się podział wilk.
— Hej, zaczekaj! — usłyszałam zza pleców.
— Tak? — zatrzymałam się, choć nawet w mym głosie było słychać niechęć.
— Oni byli z watahy? — zapytał, jakby chcąc się upewnić.
— Nie, to zombie. — powiedziałam spokojnie.
— Żartujesz?
— A wyglądam, jakbym była jakimś wesołkiem? To były zombie, które się dobrze trzymały. Ktoś je musiał ożywić.
Z tym ktosiem obstawiałam albo Evil, albo Pana. Ev nigdy mnie nie lubiła, nawet przy Hazim pokazywała to, jak bardzo uwielbia Staze i jej potulność, a jak nienawidzi mnie i mojej maski uczuć.
< Exan? >
Od Felhő cd Rina
Podskoczyłam, jednocześnie się budząc.
Mój sen zakończył się klasycznie— atakiem tego obcego-nieobcego demona i spadnięciem w przepaść. Stanęłam na równych łapach, próbując uspokoić oddech.
Podniosłam głowę i zaczęłam wpatrywać się w szarawe tęczówki.
— Nie strasz. — powiedział Rin z wyczuwalnym rozbawieniem. Prychnęłam, po czym zerknęłam na wyjście. Zaciekawiona kolorem nieba skierowałam się ku niemu.
To było... Dziwne. Księżyc jakby się zatrzymał, a słońce stanęło za nim. Ale to na pewno nie było zaćmienie, bowiem niebo było krwistoczerwone.
Machnęłam nerwowo ogonem, mrucząc ciche wtf...
— Co to jest? — syknęłam przez zęby — Apokalipsa jakaś?
— Raczej jakiś urok... — padła odpowiedź od nowego basiora.
Zmrużyłam oczy, patrząc na niego. Ma wiele sekretów... Ale nie będę dopytywać...
Mój sen zakończył się klasycznie— atakiem tego obcego-nieobcego demona i spadnięciem w przepaść. Stanęłam na równych łapach, próbując uspokoić oddech.
Podniosłam głowę i zaczęłam wpatrywać się w szarawe tęczówki.
— Nie strasz. — powiedział Rin z wyczuwalnym rozbawieniem. Prychnęłam, po czym zerknęłam na wyjście. Zaciekawiona kolorem nieba skierowałam się ku niemu.
To było... Dziwne. Księżyc jakby się zatrzymał, a słońce stanęło za nim. Ale to na pewno nie było zaćmienie, bowiem niebo było krwistoczerwone.
Machnęłam nerwowo ogonem, mrucząc ciche wtf...
— Co to jest? — syknęłam przez zęby — Apokalipsa jakaś?
— Raczej jakiś urok... — padła odpowiedź od nowego basiora.
Zmrużyłam oczy, patrząc na niego. Ma wiele sekretów... Ale nie będę dopytywać...
<Rin?>
piątek, 23 czerwca 2017
Od Noir CD. Bustera
Pochyliłam się nieco ku ziemi, tak, abym stała się mniej widoczna. Buster poszedł w moje ślady. Zaczęłam zastanawiać się, kim może być ów nieznajomy, który powoli zbliżał się w naszą stronę. Szedł z wiatrem, więc prawdopodobieństwo, że nas wyczuje, było bardzo niskie. Sądząc po zapachu nie pochodził z watahy... Jego woń była nieprzyjemna i nieco kwaśna. Czego mógł tutaj szukać?
- Cofnij się - usłyszałam szept Bustera. Oboje wycofaliśmy się w bardziej osłonięte miejsce. W pewnym momencie usłyszeliśmy ostrożne kroki. Naszym oczom ukazał się skrzydlaty basior o ciemniejszym niż noc, lśniącym futrze. Jego oczy miały niepokojącą barwę rubinu. Rozejrzał się wokół, jakby upewniając się, czy nikt go nie widzi, a potem położył na łapie kryształ, który wisiał na jego szyi. Nad minerałem powstał obraz jakiegoś potężnego umięśnionego basiora.
- Jestem na ich terytorium - odezwał się skrzydlaty. - Za niedługo znajdę Alfa i poproszę ją o przyjęcie. Zyskam ich sympatię i wtedy przejdziemy do drugiej części planu.
- Bardzo dobrze - odezwał się hologram i rozłączył się.
- Zróbmy mu małą niespodziankę - zaproponowałam szeptem. - Zachowujmy się, jakbyśmy nic nie usłyszeli. A potem go zdemaskujemy.
Buster kiwnął głową i zaczął hałasować, najpierw cicho, potem coraz głośniej. W końcu wybiegł z krzaków i wpadł prosto na nieznajomego. Pognałam za nim i wyhamowałam tuż przed leżącymi na ziemi basiorami. Oba wilki szybko podniosły się z ziemi.
- Em... cześć - mruknął nieśmiało nieznajomy, wodząc wzrokiem ode mnie do Buster i z powrotem.
- Witaj - odrzekł Buster z lekkim wahaniem w głosie. - Nie widziałem cię tu wcześniej. Chyba nie należysz do watahy...
- Prawda. Ale słyszałem o niej i chciałbym dołączyć.
- To cudownie - stwierdziłam, uśmiechając się słodko. - Jestem Noir, a to Buster. Jeśli chcesz, możemy zaprowadzić cię do Alfy.
- Byłoby miło - odpowiedział skrzydlaty. - Mam na imię Bajamonte.
- Och, masz bardzo ładne imię. Moje strasznie mi się nie podoba - powiedziałam. W rzeczywistości imię, jakim posługiwał się nieznajomy, dało mi więcej powodów do niepokoju. Bajamonte Tiepolo. Il traditore. Zdrajca, który przed laty zagroził Wenecji. Czy tamta historia może być w jakikolwiek sposób związana z pojawieniem się tutaj tego wilka?
- Dziękuję - odrzekł basior.
- Ruszajmy - zaproponował Buster. Całą trójką skierowaliśmy się w stronę, gdzie, jak mi i Busterowi się zdawało, znajdowała się jaskinia Alfy. Jednak po dwudziestu minutach zatrzymaliśmy się. Ani ja, ani mój znajomy z watahy nie rozpoznawaliśmy okolicy.
- Bajamonte? Trochę ciężko mi to przyznać, ale... zgubiliśmy się - powiedziałam cicho.
- Nie ma problemu. Mogę wznieść się z tobą nad las, wtedy się rozejrzysz - zaproponował Bajamonte. Busterowi jednak pomysł nie bardzo przypadł do gustu, mi zresztą też...
- Wolałbym sam to zrobić - stwierdził szary basior, spoglądając nieco wyzywająco na skrzydlatego.
- Obawiam się, że nie dam rady cię unieść - odpowiedział Bajamonte.
- To nic. Ja polecę, Buster. Mam od ciebie lepszy wzrok, pamiętasz? - "przypomniałam" towarzyszowi.
- Tia... Ale będę miał was na oku.
Wdrapałam się na grzbiet Bajamonte, a gdy już siedziałam wygodnie, wilk uniósł się w powietrze. Jego futro, trzeba przyznać, było bardzo miękkie, ale i też gęste. Zastanawiałam się czy nie będzie mu gorąco podczas upałów, które nadejdą lada dzień. Basior jednak chyba nie zwracał na to uwagi. W pewnym momencie zawisł w powietrzu, a ja rozejrzałam się wokoło. Na lewo od naszej obecnej pozycji, w odległości jakichś dwóch kilometrów, dostrzegłam znajomą polanę. Stamtąd do jaskini Felho było już tylko kilka minut drogi.
- Możesz lądować - poinformowałam Bajamonte. Wilk nagle zanurkował, przez co omal nie spadłam z jego grzbietu. Po chwili stanął na ziemi, a ja zsunęłam się z jego grzbietu.
- Wiem, gdzie iść - powiedziałam do Bustera i poprowadziłam oba wilki w stronę mieszkania Alfy.
~~~
- I co dalej? - zapytał Buster. - Będziemy go śledzić?
Bajamonte został przyjęty do watahy bez większych problemów i teraz odpoczywał w swojej jaskini, albo raczej powinien to robić. Ja z Busterem ukryliśmy się wśród krzewów, z dala od ścieżek i łowisk, tak, abyśmy mogli spokojnie porozmawiać.
- Chyba by się przydało - odpowiedziałam. - Niepokoi mnie jego imię. Tak samo nazywał się pewiem wenecjanin, zdrajca. To chyba nieprzypadkowy dobór imienia. Tylko nie wiem na razie, jaki był tego cel...
- Skąd wiesz o tym zdrajcy? - zapytał basior, lekko zdziwiony.
- Mam weneckie korzenie - przyznałam. - Bajamonte i jego szef chyba tego nie przewidzieli.
<Buster?>
- Cofnij się - usłyszałam szept Bustera. Oboje wycofaliśmy się w bardziej osłonięte miejsce. W pewnym momencie usłyszeliśmy ostrożne kroki. Naszym oczom ukazał się skrzydlaty basior o ciemniejszym niż noc, lśniącym futrze. Jego oczy miały niepokojącą barwę rubinu. Rozejrzał się wokół, jakby upewniając się, czy nikt go nie widzi, a potem położył na łapie kryształ, który wisiał na jego szyi. Nad minerałem powstał obraz jakiegoś potężnego umięśnionego basiora.
- Jestem na ich terytorium - odezwał się skrzydlaty. - Za niedługo znajdę Alfa i poproszę ją o przyjęcie. Zyskam ich sympatię i wtedy przejdziemy do drugiej części planu.
- Bardzo dobrze - odezwał się hologram i rozłączył się.
- Zróbmy mu małą niespodziankę - zaproponowałam szeptem. - Zachowujmy się, jakbyśmy nic nie usłyszeli. A potem go zdemaskujemy.
Buster kiwnął głową i zaczął hałasować, najpierw cicho, potem coraz głośniej. W końcu wybiegł z krzaków i wpadł prosto na nieznajomego. Pognałam za nim i wyhamowałam tuż przed leżącymi na ziemi basiorami. Oba wilki szybko podniosły się z ziemi.
- Em... cześć - mruknął nieśmiało nieznajomy, wodząc wzrokiem ode mnie do Buster i z powrotem.
- Witaj - odrzekł Buster z lekkim wahaniem w głosie. - Nie widziałem cię tu wcześniej. Chyba nie należysz do watahy...
- Prawda. Ale słyszałem o niej i chciałbym dołączyć.
- To cudownie - stwierdziłam, uśmiechając się słodko. - Jestem Noir, a to Buster. Jeśli chcesz, możemy zaprowadzić cię do Alfy.
- Byłoby miło - odpowiedział skrzydlaty. - Mam na imię Bajamonte.
- Och, masz bardzo ładne imię. Moje strasznie mi się nie podoba - powiedziałam. W rzeczywistości imię, jakim posługiwał się nieznajomy, dało mi więcej powodów do niepokoju. Bajamonte Tiepolo. Il traditore. Zdrajca, który przed laty zagroził Wenecji. Czy tamta historia może być w jakikolwiek sposób związana z pojawieniem się tutaj tego wilka?
- Dziękuję - odrzekł basior.
- Ruszajmy - zaproponował Buster. Całą trójką skierowaliśmy się w stronę, gdzie, jak mi i Busterowi się zdawało, znajdowała się jaskinia Alfy. Jednak po dwudziestu minutach zatrzymaliśmy się. Ani ja, ani mój znajomy z watahy nie rozpoznawaliśmy okolicy.
- Bajamonte? Trochę ciężko mi to przyznać, ale... zgubiliśmy się - powiedziałam cicho.
- Nie ma problemu. Mogę wznieść się z tobą nad las, wtedy się rozejrzysz - zaproponował Bajamonte. Busterowi jednak pomysł nie bardzo przypadł do gustu, mi zresztą też...
- Wolałbym sam to zrobić - stwierdził szary basior, spoglądając nieco wyzywająco na skrzydlatego.
- Obawiam się, że nie dam rady cię unieść - odpowiedział Bajamonte.
- To nic. Ja polecę, Buster. Mam od ciebie lepszy wzrok, pamiętasz? - "przypomniałam" towarzyszowi.
- Tia... Ale będę miał was na oku.
Wdrapałam się na grzbiet Bajamonte, a gdy już siedziałam wygodnie, wilk uniósł się w powietrze. Jego futro, trzeba przyznać, było bardzo miękkie, ale i też gęste. Zastanawiałam się czy nie będzie mu gorąco podczas upałów, które nadejdą lada dzień. Basior jednak chyba nie zwracał na to uwagi. W pewnym momencie zawisł w powietrzu, a ja rozejrzałam się wokoło. Na lewo od naszej obecnej pozycji, w odległości jakichś dwóch kilometrów, dostrzegłam znajomą polanę. Stamtąd do jaskini Felho było już tylko kilka minut drogi.
- Możesz lądować - poinformowałam Bajamonte. Wilk nagle zanurkował, przez co omal nie spadłam z jego grzbietu. Po chwili stanął na ziemi, a ja zsunęłam się z jego grzbietu.
- Wiem, gdzie iść - powiedziałam do Bustera i poprowadziłam oba wilki w stronę mieszkania Alfy.
~~~
- I co dalej? - zapytał Buster. - Będziemy go śledzić?
Bajamonte został przyjęty do watahy bez większych problemów i teraz odpoczywał w swojej jaskini, albo raczej powinien to robić. Ja z Busterem ukryliśmy się wśród krzewów, z dala od ścieżek i łowisk, tak, abyśmy mogli spokojnie porozmawiać.
- Chyba by się przydało - odpowiedziałam. - Niepokoi mnie jego imię. Tak samo nazywał się pewiem wenecjanin, zdrajca. To chyba nieprzypadkowy dobór imienia. Tylko nie wiem na razie, jaki był tego cel...
- Skąd wiesz o tym zdrajcy? - zapytał basior, lekko zdziwiony.
- Mam weneckie korzenie - przyznałam. - Bajamonte i jego szef chyba tego nie przewidzieli.
<Buster?>
środa, 21 czerwca 2017
OD Mizu CD Sagem
Spojrzałam na niego zirytowana i zmieniłam się w ducha, wychodząc z jaskiń. Ledwo się utrzymałam w tej formie. Zamknęłam oczy, a gdy byłam na powierzchni, kulałam mocniej niż wcześniej. Byłam strasznie zmęczona, nic nie mogłam myśleć.
- I co Mizu? Zadowolona?!
- Patrzcie, zaraz się poryczy!
- I gdzie twój braciszek, co? Sama nic nie zrobisz.
Czułam jak cienie mnie otaczają. Zmuszały mnie, bym uwolniła demona ciemności. Szłam wciąż przed siebie, słysząc szepty. Nie mogłam nic, ale to nic zrobić. Byłam... Sama...
Od zawsze byłam. Tarkin zginął. A ja nie mam nikogo. Otacza mnie śmierć. Jak te cienie, co chodząc obok mnie.
- Zostawiłaś go...
- Boisz się.
- Słaba jesteś.
- Nic nie umiesz zrobić dobrze.
Czułam jak zaczynają mnie ciąć po ciele. Ścisnęłam oczy, idąc dalej przed siebie. Nigdzie nie było wody. Widziałam przed sobą czarne smugi, widok był nie wyraźny. Wiedziałam, że cienie zasłaniają mi widok. Ich szepty kierowały się w prost do moich uszu. Zaczęłam się kiwac na boki. Byłam co raz słabsza...
Moment... Ja od zawsze byłam słaba.
Upadłam na ziemie z cichym piskiem. Czułam jak biegają wokół mnie co raz szybciej.
Jestem słaba...
Naiwna...
Bez serca...
...Martwa.
Cienie zaczęły na mnie syczeć. Czekałam tylko na egzekucje.
- Mizu? - usłyszałam czyiś głos. Moje futro robiło się szare. Poddałam się...
- Bez duszy... - szepnęłam, otwierając oczy. Wpatrywały się we mnie czerwone ślepia. Po chwili otworzył pysk, odsłaniając kły. Wtedy zaślepiło mnie światło. Demony uciekły, a mi rozmazywało się przed oczami.
- Mizu! MIZU! Nie można Cię zostawić na chwilę?! - podniósł - Mizu, mów coś!
- Sagem... - gdy przybliżył do mnie pysk, mogłam ujrzeć jego wyrazy. - Dziękuję...
- Mizu nie masz prawa mi tu od-- - w tym momencie straciłam przytomność. Leżałam w czarnej pustce, słysząc tylko jedno zdanie... Największy sekret, którego nigdy nie wyjawię. Tajemnica, którą muszę zabrać do grobu.
- I co Mizu? Zadowolona?!
- Patrzcie, zaraz się poryczy!
- I gdzie twój braciszek, co? Sama nic nie zrobisz.
Czułam jak cienie mnie otaczają. Zmuszały mnie, bym uwolniła demona ciemności. Szłam wciąż przed siebie, słysząc szepty. Nie mogłam nic, ale to nic zrobić. Byłam... Sama...
Od zawsze byłam. Tarkin zginął. A ja nie mam nikogo. Otacza mnie śmierć. Jak te cienie, co chodząc obok mnie.
- Zostawiłaś go...
- Boisz się.
- Słaba jesteś.
- Nic nie umiesz zrobić dobrze.
Czułam jak zaczynają mnie ciąć po ciele. Ścisnęłam oczy, idąc dalej przed siebie. Nigdzie nie było wody. Widziałam przed sobą czarne smugi, widok był nie wyraźny. Wiedziałam, że cienie zasłaniają mi widok. Ich szepty kierowały się w prost do moich uszu. Zaczęłam się kiwac na boki. Byłam co raz słabsza...
Moment... Ja od zawsze byłam słaba.
Upadłam na ziemie z cichym piskiem. Czułam jak biegają wokół mnie co raz szybciej.
Jestem słaba...
Naiwna...
Bez serca...
...Martwa.
Cienie zaczęły na mnie syczeć. Czekałam tylko na egzekucje.
- Mizu? - usłyszałam czyiś głos. Moje futro robiło się szare. Poddałam się...
- Bez duszy... - szepnęłam, otwierając oczy. Wpatrywały się we mnie czerwone ślepia. Po chwili otworzył pysk, odsłaniając kły. Wtedy zaślepiło mnie światło. Demony uciekły, a mi rozmazywało się przed oczami.
- Mizu! MIZU! Nie można Cię zostawić na chwilę?! - podniósł - Mizu, mów coś!
- Sagem... - gdy przybliżył do mnie pysk, mogłam ujrzeć jego wyrazy. - Dziękuję...
- Mizu nie masz prawa mi tu od-- - w tym momencie straciłam przytomność. Leżałam w czarnej pustce, słysząc tylko jedno zdanie... Największy sekret, którego nigdy nie wyjawię. Tajemnica, którą muszę zabrać do grobu.
Te amo, pero nadie puede saber acerca de este
******
Obudziłam się na skrzydle szpitalnym. Miałam nastawioną łapę i opatrzone rany. Skręciłam głową.
- Zawsze takie rzeczy odstawiasz? - Sagem podszedł do mnie - nigdy więcej tego nie rób, wariatko.
- Zawsze takie rzeczy odstawiasz? - Sagem podszedł do mnie - nigdy więcej tego nie rób, wariatko.
- To moje drugie imię - lekko przymknęłam oczy. Ten spojrzał mi w oczy.
- Mówiłaś coś przez sen... Te amo... coś tam. Ciężko było mi zrozumieć, bo mamrotałaś. - spojrzałam na niego i wzięłam głęboki wdech.
- Najwyraźniej nie istotne... - skuliłam ogon przy łapie.
- Lekarze mówili, że miałaś szczęście, że dało się tą łapę odratować.
- Lekarze mówili, że miałaś szczęście, że dało się tą łapę odratować.
- Sagem, mówiłam coś jeszcze przez sen??
<Sagem? Dam ci podpowiedź. To jest napisane po języku, w którym odbywała się główna akcja w filmie "Assasin's Creed", kiedy on wchodzi do tego swojego przodka, powodzenia! :)>
Od Sagema CD Mizu
- Ty sobie wyjdziesz pod postacią ducha, a ja coś wykombinuję - mruknąłem wyraźnie niezadowolony postawą wilczycy.
Po raz drugi ratuje jej życie, a ona nawet nie wydusi z siebie najchłodniejszego "dziękuję". Rozumiem, że nie każdy posiada charakter, który pozwala mu na wyrażanie wdzięczności. Jej zachowanie zupełnie przestało mi się podobać...
- Nie utrzymasz tej cholernej bariery - stwierdziła, zdrową łapą przejeżdżając po łunie stworzonej przeze mnie. - Nie do czasu, aż wezwę pomoc.
- Lepiej już sobie idź, bo przecież ty wiesz lepiej - warknąłem, delikatnie mrużąc oczy. - Najwyżej zginę ze świadomością, że wreszcie uwolnię się od tego cholernego świata - odwróciłem się do niej tyłem, czekając aż opuści barierę poprzez zamianę w ducha.
Przysiadłem na ziemi, wlepiając swój wzrok w przednie łapy. Miałem tego naprawdę powyżej ogona, czy zginę, czy nie. Cztery lata, to w końcu nie najgorszy czas na umieranie. Nie było już jej - czułem to. Moja naiwność ponownie zaczyna niszczyć mi życie. Zrezygnowany podniosłem się i machnięciem łapy zniwelowałem tarczę. Spore kawałki ziemi bezustannie sypały się z nieba. Podczas spokojnego przechodzenia w stronę dalszych tuneli jaskini, co chwilę uaktywniałem swą tarczę do ochrony przed glebą. Pierwsze co zrobię, gdy dojdę do cywilizacji - wypiję herbatę - powiedziałem do siebie w myślach. Wciąż czułem delikatne wstrząsy, za każdym razem gdy dotykałem łapą ziemi. Mój trucht zamienił się w bieg, gdy wyczułem coraz silniejsze turbulencje. Niemalże w ostatniej sekundzie dostrzegłem jasne światełko w tunelu. Rzuciłem się w jego stronę na tyle szybko, ile zostało mi jeszcze sił w łapach. Wyskoczyłem na zewnątrz, przez co mimowolnie przeturlałem się kilka metrów dalej. Odetchnąłem cicho. Byłem bezpieczny. Księżyc... Nareszcie.
- Witaj Milady - uśmiechnąłem się delikatnie, czując jak otacza mnie swym światłem.
<Mizu?>
Po raz drugi ratuje jej życie, a ona nawet nie wydusi z siebie najchłodniejszego "dziękuję". Rozumiem, że nie każdy posiada charakter, który pozwala mu na wyrażanie wdzięczności. Jej zachowanie zupełnie przestało mi się podobać...
- Nie utrzymasz tej cholernej bariery - stwierdziła, zdrową łapą przejeżdżając po łunie stworzonej przeze mnie. - Nie do czasu, aż wezwę pomoc.
- Lepiej już sobie idź, bo przecież ty wiesz lepiej - warknąłem, delikatnie mrużąc oczy. - Najwyżej zginę ze świadomością, że wreszcie uwolnię się od tego cholernego świata - odwróciłem się do niej tyłem, czekając aż opuści barierę poprzez zamianę w ducha.
Przysiadłem na ziemi, wlepiając swój wzrok w przednie łapy. Miałem tego naprawdę powyżej ogona, czy zginę, czy nie. Cztery lata, to w końcu nie najgorszy czas na umieranie. Nie było już jej - czułem to. Moja naiwność ponownie zaczyna niszczyć mi życie. Zrezygnowany podniosłem się i machnięciem łapy zniwelowałem tarczę. Spore kawałki ziemi bezustannie sypały się z nieba. Podczas spokojnego przechodzenia w stronę dalszych tuneli jaskini, co chwilę uaktywniałem swą tarczę do ochrony przed glebą. Pierwsze co zrobię, gdy dojdę do cywilizacji - wypiję herbatę - powiedziałem do siebie w myślach. Wciąż czułem delikatne wstrząsy, za każdym razem gdy dotykałem łapą ziemi. Mój trucht zamienił się w bieg, gdy wyczułem coraz silniejsze turbulencje. Niemalże w ostatniej sekundzie dostrzegłem jasne światełko w tunelu. Rzuciłem się w jego stronę na tyle szybko, ile zostało mi jeszcze sił w łapach. Wyskoczyłem na zewnątrz, przez co mimowolnie przeturlałem się kilka metrów dalej. Odetchnąłem cicho. Byłem bezpieczny. Księżyc... Nareszcie.
- Witaj Milady - uśmiechnąłem się delikatnie, czując jak otacza mnie swym światłem.
<Mizu?>
wtorek, 20 czerwca 2017
Od Bustera CD Noir
Podczas gdy wilczyca zniknęła w norze, bez namysłu ruszyłem w stronę lasu. Kolejny wilk, którego chciałem zabić... - mruknąłem w myślach zrezygnowany. Wolałem znowu zostać sam na kilka dni... Tygodni... A może nawet do końca tego cholernego życia.
- Omal cię nie zabiłem, a ty jeszcze idziesz ze mną? - zapytałem, dostrzegając jak podbiega do mnie.
- Poprawka, to ON prawie mnie zabił. I tak, idę z tobą. A przynajmniej mam taki zamiar - powiedziała z cieniem uśmiechu na pyszczku.
Westchnąłem cicho. Byłem przekonany, że demon po tym jak go pokonała, będzie chciał jeszcze bardziej zapanować nade mną, a przy okazji ją zamordować. Po raz pierwszy w swoich życiu, tak strasznie się bałem.
- Czyli... Ruszamy w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po watasze? - zadałem pytanie, mówiąc o wiele pewniejszym tonem niż poprzednio.
- Na to wygląda - przytaknęła głową.
- Przed siebie! - krzyknąłem, delikatnie wzdychając.
- Omal cię nie zabiłem, a ty jeszcze idziesz ze mną? - zapytałem, dostrzegając jak podbiega do mnie.
- Poprawka, to ON prawie mnie zabił. I tak, idę z tobą. A przynajmniej mam taki zamiar - powiedziała z cieniem uśmiechu na pyszczku.
Westchnąłem cicho. Byłem przekonany, że demon po tym jak go pokonała, będzie chciał jeszcze bardziej zapanować nade mną, a przy okazji ją zamordować. Po raz pierwszy w swoich życiu, tak strasznie się bałem.
- Czyli... Ruszamy w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po watasze? - zadałem pytanie, mówiąc o wiele pewniejszym tonem niż poprzednio.
- Na to wygląda - przytaknęła głową.
- Przed siebie! - krzyknąłem, delikatnie wzdychając.
***
Im dłużej szliśmy, tym bardziej wydawało mi się, że jesteśmy coraz dalej od watahy. Poprzednio można było wyczuć choćby najmniejszą nutkę naszych terenów, lecz teraz... Krótko mówiąc - pustka. Na dodatek niebo ponownie spowiły ciemne chmury. Wprost fenomenalnie - powtarzałem sobie co chwilę w myślach, patrząc jak słońce coraz bardziej zanika. Zdecydowanie w ostatnim tygodniu była za ładna pogoda. Natury nie mogę zmienić.
- Jesteś głodna? - zadałem szybkie pytanie w stronę towarzyszki.
- Nie na tyle, aby zarządzać postój - odpowiedziała, delikatnym ruchem głowy poprawiając czarną grzywkę.
- Za chwilę będzie padać i cała zwierzyna się spłoszy... Nie mam zamiaru jeść gruzu i piasku w jakiejś norze - zażartowałem. Oboje się zaśmialiśmy.
Nawet nie minęła godzina, a my najedzeni szliśmy dalej. Zwierząt, w których gustowaliśmy było tutaj co niemiara, więc tym bardziej mieliśmy ułatwione zadanie. Rozmowy nie posiadające żadnego sensu, co chwile były wznawiane na rozmaite tematy. W jednej chwili toczyliśmy pogawędkę na temat muzyki, a po chwili schodziliśmy na tematy dotyczące zjawisk paranormalnych. Wszystkiemu towarzyszyła miła atmosfera, którą niestety co chwilę zakłócały grzmoty z góry.
- Chyba nie powinniśmy nazywać się wilkami - stwierdziłem w pewnym momencie.
- Huh? Niby dlaczego? - wilczyca lekko się skrzywiła, słysząc zadane przeze mnie pytanie.
- Nie potrafimy odnaleźć swoich własnych domów, a co gorsza - możliwe, że wciąż idziemy w złą stronę - wyjaśniłem swoje zdanie, delikatnie się uśmiechając. - W końcu... - zatrzymałem się na chwilę.
- Też to czuję - powiedziała, jakby czytała mi w myślach.
- Czy to może być ktoś z naszej watahy? - zapytałem ciszej.
- Nie mam pewności... - oznajmiła prawie nie słyszalnie, delikatnie schylając się bliżej ziemi.
Zrobiłem to samo... Obcy osobnik nigdy nie wróżył czegoś dobrego...
<Noir? Bezwenowo c: >
- Jesteś głodna? - zadałem szybkie pytanie w stronę towarzyszki.
- Nie na tyle, aby zarządzać postój - odpowiedziała, delikatnym ruchem głowy poprawiając czarną grzywkę.
- Za chwilę będzie padać i cała zwierzyna się spłoszy... Nie mam zamiaru jeść gruzu i piasku w jakiejś norze - zażartowałem. Oboje się zaśmialiśmy.
Nawet nie minęła godzina, a my najedzeni szliśmy dalej. Zwierząt, w których gustowaliśmy było tutaj co niemiara, więc tym bardziej mieliśmy ułatwione zadanie. Rozmowy nie posiadające żadnego sensu, co chwile były wznawiane na rozmaite tematy. W jednej chwili toczyliśmy pogawędkę na temat muzyki, a po chwili schodziliśmy na tematy dotyczące zjawisk paranormalnych. Wszystkiemu towarzyszyła miła atmosfera, którą niestety co chwilę zakłócały grzmoty z góry.
- Chyba nie powinniśmy nazywać się wilkami - stwierdziłem w pewnym momencie.
- Huh? Niby dlaczego? - wilczyca lekko się skrzywiła, słysząc zadane przeze mnie pytanie.
- Nie potrafimy odnaleźć swoich własnych domów, a co gorsza - możliwe, że wciąż idziemy w złą stronę - wyjaśniłem swoje zdanie, delikatnie się uśmiechając. - W końcu... - zatrzymałem się na chwilę.
- Też to czuję - powiedziała, jakby czytała mi w myślach.
- Czy to może być ktoś z naszej watahy? - zapytałem ciszej.
- Nie mam pewności... - oznajmiła prawie nie słyszalnie, delikatnie schylając się bliżej ziemi.
Zrobiłem to samo... Obcy osobnik nigdy nie wróżył czegoś dobrego...
<Noir? Bezwenowo c: >
Subskrybuj:
Posty (Atom)